Pionier fotografii Nadar wyruszył w szalony lot balonem, który zakończył się niemal katastrofą

Gigantyczny balon i wielkie ambicje

Le Géant był kolosalnym balonem gazowym o wysokości niemal 60 metrów. Félix Nadar — jeden z najważniejszych pionierów fotografii — zbudował go z myślą o podboju przestworzy i stworzeniu zupełnie nowej gałęzi transportu lotniczego. Skończyło się na katastroficznym locie, złamanej nodze i żonie wpadającej do rzeki.

Był październik 1863 roku. Le Géant szykował się do zaledwie drugiego lotu w swojej historii. Pierwszy, rozegrany przed milionem gapiów zgromadzonych w Paryżu, trwał zaledwie kwadrans — i nie pozostawił po sobie niczego prócz wielkiego apetytu na więcej.

Latający dom z ciemnią i bufetem

Nadar był wizjonerem. Nie chciał, żeby balon służył wyłącznie do fotografowania z powietrza — widział w nim zalążek przyszłego lotnictwa pasażerskiego. Tę filozofię doskonale odzwierciedlała konstrukcja Le Géanta.

Gondola miała dwa piętra i mieściła w sobie ciemnię fotograficzną, kuchnię, prasę drukarską, dwanaście łóżek, toaletę oraz zapas wina. Na górnym pokładzie pasażerowie mogli podziwiać widoki. Była to dosłownie latająca rezydencja.

Ciemnia była niezbędna, bo Nadar pracował metodą mokrego kolodium — każde zdjęcie musiało zostać wywołane natychmiast po naświetleniu. Wcześniejsze próby fotografowania z balonu spełzły na niczym, gdy gaz ulatniający się do gondoli niszczył czułe płyty fotograficzne.

Spokojny poranek przed burzą

Drugi lot Le Géanta zaczął się obiecująco. Na pokładzie znajdowało się dziewięć osób, w tym żona Nadara, Ernestine. Przez cały dzień unosili się spokojnie nad ziemią, a następnego ranka popijali kawę i jedli croissanty na górnym pokładzie obserwacyjnym. Sielanka — dopóki wszystko nie poszło w rozsypkę.

Ciekawe artykuły:

Kiedy balon zaczął opadać, doszło do serii tragicznych pomyłek. Według jednej z wersji Nadar wpadł w panikę, biorąc bank chmur nad Belgią za powierzchnię morza, i pociągnął za zawór. Inna teoria mówi, że aeronauci po prostu zbyt gwałtownie obniżyli pułap. Tak czy inaczej — linka zaworu urwała się, a pasażerowie wyrzucili za burtę zbyt mało balastu, by móc z powrotem wznieść się w górę.

25 mil koszmaru

Aeronauci zrzucili za burtę dwa żelazne kotwice chwytające, licząc, że zahamują lot. Obie urwały się, gdy gondola musnęła ziemię i ponownie odbiła w powietrze. To był dopiero początek gehenny.

Jak opisuje Anika Burgess w książce Flashes of Brilliance, balon kilkakrotnie odbijał się od ziemi, wznosząc się za każdym razem od 25 do 40 metrów w górę, po czym z hukiem uderzał w grunt. Przez kolejne 40 kilometrów częściowo napełniony balon wlókł gondolę przez drzewa i żywopłoty, siejąc za sobą zniszczenie.

W pewnym momencie Le Géant znalazł się niebezpiecznie blisko torów kolejowych, po których pędził ekspresowy pociąg. Do kolizji nie doszło tylko dlatego, że maszynista zdążył dostrzec galopującą gondolę i w porę wyhamował skład.

Ranni, przerażeni i mokrzy

Jeden z dziennikarzy obecnych na pokładzie, przekonany, że zaraz zginie zmiażdżony, wyskoczył z gondoli jeszcze przed zatrzymaniem balonu. Nadar skończył z połamaną nogą. Inny pasażer doznał złamania ręki i zwichnięcia kostki. Najgorzej jednak przeszła Ernestine — wyrzucona z koszem z gondoli wylądowała w rzece i o mało się nie utopiła.

Katastrofa okazała się dla Nadara poważnym ciosem finansowym. Wprawdzie naprawił balon i ostatecznie sprzedał go w 1867 roku, ale wielki projekt nigdy nie przyniósł zamierzonych owoców. Żadne zdjęcia wykonane z Le Géanta nie zachowały się do dziś — jeśli w ogóle powstały. Nadarowi udało się co prawda wykonać kilka udanych fotografii lotniczych w ciągu swojego życia, jednak jego marzenie o komercjalnym lotnictwie balonowym pozostało jedynie marzeniem.

Przewijanie do góry