Niesamowity sukces, za którym kryje się ogromny wysiłek
Project Hail Mary okazał się kinowym hitem — film zarobił dotychczas 420,7 miliona dolarów. Zdjęcia wyglądają tak naturalnie i swobodnie, jakby powstały bez większego trudu. Tymczasem odpowiedzialny za nie operator, Greig Fraser, twierdzi coś zupełnie przeciwnego.
Fraser, znany z pracy przy Diunie i Batmanie, bez ogródek stwierdził, że Project Hail Mary to „najbardziej wymagający film, jaki kiedykolwiek nakręcił — i to zdecydowanie". To wyznanie robi tym większe wrażenie, jeśli weźmiemy pod uwagę jego imponujące portfolio.
Prawdziwe dekoracje zamiast komputerowych efektów
Produkcja celowo ograniczyła użycie CGI na rzecz fizycznie zbudowanych planów. Statek kosmiczny, w którym rozgrywa się większość akcji, powstał jako realna konstrukcja — po to, by Ryan Gosling wcielający się w nauczyciela nauki Rylanda Grace'a mógł po nim faktycznie chodzić i działać w przestrzeni.
To podejście nadało filmowi autentyczności, ale jednocześnie postawiło ekipę filmową przed wyjątkowo trudnymi wyzwaniami technicznymi.
Tunel z ksenonitu — scena, która spędzała sen z powiek
W ramach cyklu Inside the Frame Fraser szczegółowo opisał jedną ze szczególnie problematycznych scen — pierwsze spotkanie głównego bohatera z uroczym kosmicznym towarzyszem o imieniu Rocky. Bez zdradzania zbyt wielu szczegółów osobom, które jeszcze nie widziały filmu: Rocky należy do obcej rasy Eridian i posługuje się fikcyjnym materiałem zwanym ksenonitem — rodzajem zestalonego gazu.
Grace po raz pierwszy spotyka Rocky'ego, przechodząc przez tunel wykonany właśnie z ksenonitu. Tunel miał ponad 21 metrów długości, a całe jego oświetlenie miało symulować naturalne światło słoneczne przechodzące przez półprzezroczysty materiał.
„Musieliśmy odkryć, czym właściwie jest ten materiał" — wspomina Fraser. „Słońce musiało przez niego przechodzić, ale to nastręczało dodatkowych trudności, bo tunel miał 70 stóp długości."
Ogromna instalacja świetlna z żarówek wolframowych
Oświetlenie typowego tunelu można rozwiązać przez okno. Tu jednak nie było takiej opcji — materiał był półprzezroczysty i reagował na każde źródło światła. Ekipa Frasera skonstruowała więc gigantyczny zestaw lamp.
„Fizycznie nie byliśmy w stanie zdobyć wystarczającej liczby diod LED" — tłumaczy operator. „Użyliśmy staroszkolnych lamp wolframowych z mapowaniem pikselowym, dzięki czemu Słońce mogło obracać się w dowolnej konfiguracji."
Ciekawe artykuły:
Rocky — kosmita bez twarzy, za to z duszą
Dodatkową komplikacją był sam Rocky — istota przypominająca skałę o granitowych kończynach, niezdolna do emitowania własnego światła. Ciemna strona tunelu wymagała oświetlenia frontowego, co w połączeniu z brakiem twarzy postaci stanowiło prawdziwy łamigłówkę realizatorską.
„Musieliśmy oświetlić tę postać od przodu, choć nie ma twarzy, wygląda jak skała, wygląda jak pająk" — mówi Fraser. „Wyzwania nakładały się na siebie. Oświetlenie frontem skały bez twarzy, która wyraża emocje wyłącznie przez pracę lalkarzy."
Operator podsumowuje to doświadczenie z rozbrajającą szczerością: „To nie było po prostu wyzwanie. To było wyzwanie na wyzwaniu, na kolejnym wyzwaniu, pod wyzwaniem i przez wyzwanie."
Tani filtr z Amazona jako sekret efektownych flar
Wśród tych wszystkich kosztownych i skomplikowanych rozwiązań jedno okazało się zaskakująco proste. Charakterystyczne wielobarwne flary, które pojawiają się w filmie wielokrotnie, Fraser uzyskał dzięki niedrogiemu filtrowi tęczowemu zamówionemu przez internet.
„To filtr tęczowy" — wyjaśnia. „Powoduje powstawanie pięknych tęczowych smug w miejscach prześwietleń. I ten efekt stał się motywem przewodnim całego filmu."
To doskonały przykład na to, że w kinematografii pomysłowość często wygrywa z budżetem — jeden tani gadżet z listy zakupów może stworzyć ikoniczny wizualny język całej produkcji.
Miliony widzów na całym świecie doceniły efekty tej pracy
Mimo ogromu trudności Project Hail Mary podbił serca widzów na całym świecie. Uważni fani zauważą, że za napisami końcowymi wyświetlają się niezwykłe fotografie głębokiego kosmosu — wykonane przez astrofotografa Roda Prazeresa.
Historia powstania tego filmu to dowód, że nawet najpiękniejsze kino wymaga niewidocznej z ekranu walki z materią, światłem i fizyką — i że czasem najtańsze narzędzie okazuje się tym najważniejszym.













