Przegląd
Przez lata testowania aparatów trafiałem na prawdziwe perełki, ale też na sprzęt, który był po prostu fatalny. Dziś chcę oddać hołd — choć niezbyt zaszczytny — tym modelom z historii fotografii, które wyróżniały się wyjątkowo złym projektem.
To oczywiście kwestia bardzo subiektywna, więc liczę głównie na to, że ta lista dostarczy rozrywki, nawet jeśli nie wszyscy podzielą moje zdanie. Ograniczam się wyłącznie do aparatów, które osobiście miałem w rękach i testowałem — dla zachowania uczciwości wobec własnych doświadczeń.
Canon XC10
Canon XC10 miał być poręcznym aparatem kompaktowym z wbudowanym obiektywem 24-240 mm i rozbudowanymi trybami wideo. W praktyce jednak obiektyw był bardzo wolny, brakowało elektronicznego wizjera, a miękko wyglądające pliki JPEG skutecznie uniemożliwiały mu stanie się aparatem do wszystkiego.
Był topciężki, źle ostrował, a już przy pierwszym kontakcie wzbudził mój głęboki niesmak. Możliwości wideo były znośne, ale brak trybu RAW w połączeniu ze stosunkowo małą matrycą kompletnie mnie do niego zraziły. Bez trudu zdobył tytuł najgorszego aparatu roku w chwili swojej premiery.
Ergonomia była zarówno nieporęczna, jak i nieatrakcyjna wizualnie — nic w tym projekcie nie działało na korzyść użytkownika.
Panasonic GF2
Muszę przyznać, że uwielbiałem kompaktowe aparaty Panasonica z mocowaniem Micro Four Thirds. No, prawie wszystkie.
Panasonic GF2 wziął wszystko to, co było świetne w modelu GF1 — pokrętło trybów, mechaniczne regulatory — i wyrzucił to do kosza. Celem było stworzenie uproszczonej wersji skierowanej do początkujących, ale efekt okazał się po prostu nieprzemyślany. Żadna z atrakcyjnych kolorystyk nie była w stanie uratować GF2 przed byciem głęboko niewygodnym narzędziem.
Ekran dotykowy brał na siebie cały ciężar ręcznych regulacji, ale i tak nie dało się np. korygować ekspozycji lampy błyskowej, a sam aparat działał dość wolno. Być może winę ponosi też fakt, że GF1 był tak doskonałym aparatem — ale GF2 po prostu był słabo zaprojektowany.
Sony FS100/700
Zarówno ja, jak i Jordan tworzyliśmy tę listę wspólnie. Jordan uważał, że aparaty z serii RX100 są zbyt małe i zbyt kapryśne w obsłudze. Ja się z tym nie zgadzam — urzeka mnie ich ultrakompaktowa forma — choć trzeba przyznać, że osoby z mniejszymi dłońmi rzeczywiście mogą mieć z nimi trudności.
Co do jednego byliśmy jednak zgodni: Sony FS100/700 to seria profesjonalnych kamer wideo o katastrofalnym projekcie. Na papierze prezentowały się świetnie — doskonała jak na tamte czasy jakość obrazu, wejścia XLR i innowacyjny obrotowy filtr szary ND.
W praktyce kamera była podatna na uszkodzenia — obrotowy układ filtrów często się zacinał i psuł. Zamiast elektronicznego wizjera zastosowano duży powiększający wizjer lupa, przypinany do ekranu LCD. To obciążało mechanizm obrotowy ekranu, który często ulegał awariom, a przy zamontowanej lupie nie można było korzystać z funkcji dotykowych — ten sam problem, który dotyczył Canona XC-10. Możliwości odchylania ekranu były bardzo ograniczone, a montaż jedynie na górze korpusu wymuszał niewygodne kąty ujęć, często poniżej poziomu oczu.
Olympus OMD E-M1X
To bez wątpienia świetny aparat z doskonałymi sterowaniami i solidną, odporną na warunki atmosferyczne obudową. W pełni wykorzystywał obliczeniowe tryby fotografowania, które do dziś cenimy w aparatach OM System. Oferował znakomitą stabilizację IBIS i całkiem sprawny autofokus jak na ówczesne standardy — miał być flagowym narzędziem do fotografii sportowej i przyrodniczej. Dlaczego zatem trafił na tę listę?
E-M1X działał wbrew wszystkiemu, co czyniło mocowanie Micro Four Thirds atrakcyjnym. Wbudowany pionowy grip bateryjny sprawił, że aparat był masywny i ciężki jak na tak małą matrycę. Teoretycznie lepiej balansował z cięższymi obiektywami, ale większość teleobiektywów Olympusa i tak nie należała do szczególnie ciężkich — korzyść ta była więc w dużej mierze iluzoryczna.
E-M1X był też po części ofiarą złego wyczucia czasu — marka Olympus przechodziła właśnie transformację w OM System, a pełnoklatkowe aparaty zyskiwały ogromną popularność. OM System mądrze przeprojektował ten model w bardziej kompaktowej obudowie OM-1, który szybko odniósł sukces tam, gdzie E-M1X poniósł porażkę.
Sigma DP-series Quattro
Nie mylić ze starszymi modelami DP Merrill ani z lustrzanką SD Quattro — aparaty z serii DP Quattro były monstrualnie nieporęcznym systemem z fatalną ergonomią. Podobnie jak starsze Merrilley łączyły stałe obiektywy z matrycą Foveon, jednak o ile tamte były po prostu nudnymi prostopadłościanami, Quattro wyróżniały się szaleńczo szeroką bryłą i jednym z najdziwniejszych uchwytów, jakie kiedykolwiek wymyślono.
Ciekawe artykuły:
Uczucie trzymania aparatu z tak szeroko rozstawionymi rękami i ekstremalnie niezrównoważona masa podczas trzymania go za grip — to po prostu nie miało żadnego sensu.
Dodatkowym gwoździem do trumny Quattro była niepraktyczność powolnych i pożerających baterie matryc Foveon w czasach, gdy tanie i wydajne pełnoklatkowe przetworniki zdobywały rynek.
Pentax K-01
Pamiętam, że podczas recenzji K-01 nienawidziłem go totalnie. Irytował mnie brzydki żółty kolor, tanio wyglądające przyklejane elementy gumowego chwytu, okropne gumowe zaślepki portów i brak jakiegokolwiek optycznego wizjera.
Pentax nie dysponował dedykowanymi obiektywami do aparatów bezlusterkowych, więc musiał zastosować szkło przeznaczone do lustrzanek, zamontowane w bezlusterkowcu zachowującym odpowiedni dystans flanszowy. W efekcie K-01 był niepotrzebnie gruby i kanciasty, a żaden ultranowoczesny design autorstwa Marca Newsona nie był w stanie tego zamaskować. Matryca APS-C o rozdzielczości 16 megapikseli była skromna, a aparat fatalny w trzymaniu i użytkowaniu. Masywne pokrętła i kiczowate schematy kolorystyczne tworzyły modny wizualnie aparat bez żadnych atutów pod spodem. Chyba nie przypominam sobie gorszego aparatu od dużego producenta w całej mojej karierze.
Fujifilm X-Pro3
Nigdy nie podzielałem powszechnego zachwytu nad serią X-Pro. Stylizacja na dalmierz wygląda nieźle, ale hybrydowy optyczno-elektroniczny wizjer wydaje mi się rozwiązaniem o wątpliwej użyteczności, a sam aparat był w dłoni zbyt duży. Poza tym to całkiem przyzwoity towarzysz podróży — jednak Jordan miał poważne zastrzeżenia do trzeciej wersji tej linii ze względu na zbędne decyzje projektowe.
Tylny ekran LCD wyświetlał urok ow grafikę taśmy filmowej reprezentującą wybraną symulację filmu. Po odchyleniu panelu w dół ukazywał się właściwy ekran LCD, ale działał tylko w orientacji na poziomie talii lub zwisając poniżej korpusu. Brzmi nieporęcznie — bo tak właśnie było. Fujifilm chciał zachęcić użytkowników X-Pro 3 do częstszego fotografowania przez wizjer i traktowania aparatu jak analogowego doświadczenia, ale ten eksperyment się nie powiódł. Odsłonięty kabel łączący korpus z ekranem niezwykle łatwo się urywał.
Hasselblad Lunar
Lunar to podręcznikowy przykład złych decyzji projektowych w imię luksusu. W gruncie rzeczy był to Sony NEX 7 przełożony w nową obudowę z logo Hasselblada, co windowało cenę do astronomicznego poziomu. Byłoby to choć trochę uzasadnione, gdyby aparat wyglądał rzeczywiście luksusowo i prestiżowo — tymczasem efekt był po prostu kiczowaty.
Pokrętła sterowania miały brzydki stożkowy kształt, personalizowany przycisk z tyłu zdobił tandetny granat, a uchwyt wyginał się do przodu w niepotrzebnie agresywny sposób. Każda kombinacja kolorystyczna, którą wypróbował Hasselblad, wyglądała krzykliwie i obco — bardziej pasowała do sklepu ze złoconymi sarkofagami niż do torby fotografa. Był brzydki i drogi bez żadnego uzasadnienia, stając się doskonałym przykładem buty korporacyjnej, która zaowocowała kiczowatym pseudoluksusem.
Leica CL
Wielu fotografów pokochało Leicę CL z 2014 roku. Miała ładną, retro stylistykę i dostęp do szerokiej gamy obiektywów z mocowania Leica L-mount. W jej sercu znajdowała się matryca APS-C o rozdzielczości 24 megapikseli, a wizjer był naprawdę doskonały.
Niemniej schemat sterowania był dla mnie dziwaczny i aparat po prostu nie leżał mi w rękach. Leica CL to idealny przykład aparatu, który dla jednego fotografa może być świetny, a dla innego fatalny. Dwa pokrętła sterowania z tyłu wymagały obsługi wyłącznie kciukiem, a dotykowy interfejs irytował funkcją przesuwania, która rzadko kiedy działała. Ostatecznie był to użyteczny sprzęt — muszę po prostu przyznać, że Leica CL po prostu nie przypadła mi do ręki w dosłownym i przenośnym sensie.
Nikon DF
Nikon DF był bardzo dziwnym aparatem. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o nim, byłem niezmiernie podekscytowany. Lustrzanka inspirowana vintage'ową estetyką wydawała się strzałem w dziesiątkę. Po bliższym zapoznaniu okazało się jednak, że korpus DF to tańszy D600 w retro przebraniu. Brakowało mu elegancji i kompaktowych rozmiarów oryginalnej serii FE/FM, a Nikon naprawił ten błąd dopiero przy znacznie późniejszej premierze modelu Nikon ZFC.
Pokrętła sterowań były niespójne — jedne nazbyt duże, inne zdecydowanie za małe. Pokrętło trybów to klasyczny przykład takiej nierównowagi. Nikon zdecydował się też na wmontowanie 16-megapikselowej matrycy z D4, co odstraszało wielu użytkowników szukających aparatu ogólnego przeznaczenia. Przetwornik z D4 radził sobie świetnie przy słabym oświetleniu, ale brakowało mu rozdzielczości — ostatecznie przyciągał głównie fotografów ślubnych, którym podobała się vintage'owa stylistyka i specyficzny charakter tej matrycy.
Projektowanie aparatów jest trudne
Z pewnością uraziłem część osób, które kochają wymienione tu aparaty i gotowe są bronić ich do upadłego. Fotografia to przecież sztuka dobierania właściwego narzędzia do właściwego zadania, a piękno jest kwestią gustu. Czasem aparaty ponoszą porażkę, bo producent podjął zbyt duże ryzyko — albo właśnie zbyt małe.
Innym razem ergonomia, która działa doskonale dla jednego fotografa, jest zupełnie nieznośna dla innego. Najlepszym aparatem jest ten, który masz przy sobie — ale w idealnym świecie powinno się z niego korzystać z prawdziwą przyjemnością.













