Fujifilm Instax Mini 13 – recenzja: jak leży w dłoni?
Miałem okazję przetestować niemało aparatów z rodziny Fujifilm Instax. Ostatnio bawiłem się twórczym Instax Mini 99 oraz podstawowym modelem Instax Wide 400 dla tych, którzy marzą o większych odbitkach. Minęło jednak sporo czasu, odkąd sprawdzałem najbardziej elementarny aparat z tej serii. Najnowsza odsłona to Instax Mini 13 – i podszedłem do niego ze świeżym spojrzeniem.
Świeże spojrzenie okazuje się tu całkiem na miejscu, bo w porównaniu z poprzednikami – Mini 12 i Mini 11 – niewiele się zmieniło. Gdybym recenzował tamte modele wcześniej, Mini 13 mógłby wydać mi się rozczarowującym krokiem naprzód. To wciąż ten sam, bardzo podstawowy aparat – tyle że jego grupa docelowa to nie zaawansowani fotografowie.
Aparat wyraźnie celuje w młodszych i bardziej casualowych użytkowników. Pastelowe kolory, miękkie, poduszkowe kształty obudowy i cena wynosząca zaledwie 94 dolary mówią same za siebie. Wystarczy obrócić pierścień obiektywu w dowolne położenie inne niż „off", by być gotowym do fotografowania.
Budowa i ergonomia
Konstrukcja jest niemal identyczna jak w Mini 12 – aparat jest przede wszystkim zaprojektowany do zdjęć pionowych, choć przy odrobinie gimnastyki można uchwycić również kadr poziomy. Pomimo stosunkowo dużej obudowy (wymuszonej przez format filmu) trzyma się go wygodnie – waży jedynie 306 gramów (10,8 uncji).
Aparat współpracuje z filmem Fujifilm Instax Mini i wyposażony jest w licznik klatek, który informuje o konieczności wymiany wkładu. Do działania wystarczą dwie baterie AA. Tylna ścianka posiada wygodny podpórek na kciuk, który zapewnia pewniejszy chwyt.
Ten sam obiektyw 60 mm f/12.7 powraca praktycznie z każdego wcześniejszego modelu Instax Mini. Jakość obrazu nie jest tu priorytetem – i dobrze, bo jest ona stosunkowo skromna. Jednak oglądane w kompaktowym formacie odbitek Instax Mini zdjęcia mają swoisty, niepowtarzalny urok.
Fujifilm Instax Mini 13 – recenzja: jak fotografuje?
Zapomnij o ręcznych ustawieniach – tu ich po prostu nie ma. Nie możesz kontrolować ekspozycji wbudowanej lampy błyskowej. Wszystko dzieje się automatycznie, co stanowi część uroku tego aparatu, choć w mojej ocenie film Instax często daje prześwietlone, wyblakłe odbitki. Lubię lekko niedoświetlać zdjęcia z Instaxem, ale tutaj nie ma takiej możliwości.
Ekspozycja jest więc znośna w większości sytuacji, szczególnie z lampą błyskową w pomieszczeniach – ale ta ostatnia oświetla tylko obiekty w stosunkowo bliskiej odległości od aparatu. W odróżnieniu od cyfrowych modeli Instax, nie ma tu możliwości podglądu zdjęć przed wywołaniem, co oznacza marnowanie klatek na szukanie właściwego kadru, a koszty szybko rosną.
Za to kadrowanie przez wizjer mnie pozytywnie zaskoczyło. W przypadku Wide 400 często frustrowała mnie rozbieżność między tym, co widziałem w wizjerze, a tym, co lądowało na odbitce. Mini 13 jest w tej kwestii zaskakująco precyzyjny – zarówno przy selfie, zbliżeniach, jak i standardowym kadrowaniu. To ogromna zaleta, bo nie tracisz drogich klatek na korekty kompozycji.
Ciekawe artykuły:
Selfie wykonuje się łatwo dzięki małemu lusterku przy obiektywie, a wizjer jest wygodny w użyciu. Pamiętaj jednak, żeby ustawiać tryb zbliżeniowy przy odległości od 30 do 60 centymetrów od aparatu – w przeciwnym razie zdjęcia wyjdą niepotrzebnie nieostre.
Samowyzwalacz – nowość z pewnym haczykiem
Główną nowością w Mini 13 jest funkcja samowyzwalacza. Wokół przycisku migawki umieszczono dźwignię umożliwiającą wybór opóźnienia dwu- lub dziesięciosekundowego. Niestety Fujifilm nie pokusił się o dodanie gwintu statywowego – i to jest poważne przeoczenie.
Oznacza to, że do zdjęć grupowych i timerowych selfie musisz szukać blatu stołu lub skrzynki elektrycznej jako prowizorycznej podpory. Można dokupić osobne adaptery do statywu, ale nie powinieneś być do tego zmuszony. Do paska dołączono gumowy klin, którym można podeprzeć aparat, ale większość grupowych ujęć wyjdzie wtedy z irytująco niskiego kąta – i wyobrażam sobie wielu fotografów kucających przy stole, żeby w ogóle zajrzeć do wizjera.
Fujifilm Instax Mini 13 – podsumowanie recenzji
O Instaxie Mini 13 nie ma zbyt wiele do powiedzenia – i właśnie o to chodzi. Ten aparat nie jest stworzony dla mnie, bo oczekuję większej kontroli i bogatszych funkcji. Jeśli masz podobne wymagania, za mniej więcej dwukrotną cenę możesz sięgnąć po Mini 99, który oferuje ręczne sterowanie i efektowne filtry.
Za około 50% więcej dostaniesz Wide 400 – wciąż bardzo podstawowy model, ale z gwintem statywowym, samowyzwalaczem i większym formatem odbitki zbliżonym do klasycznego Polaroida.
Jeśli jednak szukasz najprostszego wejścia w świat Instax Mini, chcesz wydać mniej niż 100 dolarów i cenisz sobie zabawny design oraz fotografowanie w stylu „wyceluj i naciśnij", Mini 13 zrobi dokładnie to, co obiecuje.
Czy istnieją alternatywy?
Zdecydowanie warto rozejrzeć się za modelem Mini 12, jeśli jeszcze można go gdzieś znaleźć – jego cena powinna być niższa, a to w zasadzie ten sam aparat, tylko bez samowyzwalacza. Istnieje też jeszcze bardziej okrojona wersja – Mini SE ze stałym fokusem – ale ten dodatkowy kompromis sprawia, że korzystanie z niego bywa jeszcze bardziej irytujące.
Jeśli zależy ci na podobnym aparacie w bardziej wyrafinowanej stylistyce, Mini 41 to dobry wybór – choć brakuje mu samowyzwalacza, który pojawił się w Mini 13.
Czy warto kupić?
Tak. To prosta kontynuacja szalenie popularnej linii Fujifilm Instax Mini i jest równie urocza jak poprzednie modele z tych samych powodów. Nie spodziewaj się jednak rewolucji względem poprzednika – bo jej po prostu nie ma.













