Dwie zupełnie różne opinie o tym samym człowieku
Shantanu Narayen, wieloletni dyrektor generalny Adobe, ogłosił w tym tygodniu odejście ze stanowiska po 18 latach na czele firmy i niemal 30 latach spędzonych w jej strukturach. Zapytaj akcjonariuszy — przez długi czas uważali go za jednego z najlepszych menedżerów w branży. Zapytaj artystów, fotografów i twórców, którzy niegdyś byli fundamentem sukcesu Adobe — usłyszysz zupełnie inną historię.
Krytyka Narayen'a nie jest niczym nowym. Wielu fotografów i artystów od lat ma poważne zastrzeżenia do kierunku, w jakim firma zmierzała pod jego przywództwem. Owszem, oprogramowanie stawało się coraz bardziej funkcjonalne — ale równocześnie wielu użytkowników czuło się coraz bardziej ignorowanych, a wręcz lekceważonych przez Adobe.
Imponujący wzrost pod kierownictwem Narayen'a
Jeśli przyjmiemy, że głównym obowiązkiem dyrektora generalnego jest dbanie o interes akcjonariuszy, a nie klientów, to spuścizna Narayen'a jest historią ogromnego triumfu. Trudno wątpić, że przez większość jego kadencji zarząd Adobe zacierał ręce z radości, obserwując, jak przekształcił on firmę w potężnego gracza modelu SaaS i dynamicznie rozwinął segment B2B. Sam Narayen w swoim pożegnalnym liście do pracowników z dumą przywołał dane dotyczące wzrostu przychodów — i trudno mu się dziwić, bo wyniki były naprawdę spektakularne.
W trakcie jego kadencji cena akcji Adobe wzrosła z około 40 dolarów pod koniec 2007 roku, kiedy obejmował stery, do historycznego szczytu wynoszącego 688,37 dolarów w 2021 roku. To wzrost, którego nie sposób bagatelizować. Pod jego przywództwem Adobe przeszło drogę od dużej firmy programistycznej do prawdziwego giganta branży.
Narayen objął stanowisko dyrektora generalnego w grudniu 2007 roku. W kolejnych latach firma odnotowała dynamiczny wzrost przychodów, zysków, zatrudnienia oraz wyceny giełdowej.
Problem ze sztuczną inteligencją
Era sztucznej inteligencji okazała się jednak dla Adobe znacznie mniej łaskawa. Firma zainwestowała ogromne zasoby w technologie AI — między innymi we własny model Firefly — lecz konsekwentnie pozostawała w tyle za konkurencją zarówno pod względem jakości, jak i tempa rozwoju.
Przez lata Adobe z dumą podkreślało etyczne podejście do AI i chwaliło się tym, że Firefly jest najbezpieczniejszym komercyjnie modelem na rynku. Gdy jednak ta strategia nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, firma ostatecznie otworzyła swój ekosystem na zewnętrzne modele AI — porzucając tym samym pierwotne obietnice, gdy okazało się, że zamknięty ogród nie jest najlepszą drogą do zysku.
Generator obrazów Firefly został zaprezentowany w marcu 2023 roku. Do tego czasu kurs akcji Adobe zdążył już spaść ze szczytu 688 dolarów z listopada 2021 roku do poniżej 400 dolarów. Początkowo Firefly spotkał się z entuzjaztyzmem i w połączeniu z rosnącymi przychodami pomógł kursowi odbić się powyżej 600 dolarów w 2024 roku. Jednak od lutego 2024 roku trend jest niemal wyłącznie spadkowy. W ubiegłym miesiącu akcje Adobe osiągnęły najniższy poziom od ponad pięciu lat — nieco ponad 244 dolary.
Choć zarówno Adobe, jak i sam Narayen przedstawiają jego odejście jako w pełni dobrowolną decyzję, trudno nie zastanawiać się, czy spadające notowania giełdowe nie przyspieszyły tej zmiany — lub przynajmniej nie wpłynęły na jej timing.
Narayen pozostanie w radzie nadzorczej i wesprze firmę w procesie wyboru następcy. Moment jego odejścia jest jednak intrygujący — inwestorzy są dziś bardziej sceptyczni wobec strategii Adobe w erze AI niż kiedykolwiek wcześniej, a gwałtowna zmiana na szczycie może przynieść więcej szkody niż pożytku.
Po ponad 15 latach niemal bezgranicznego zaufania do zdolności Narayen'a w prowadzeniu i rozbudowywaniu firmy, inwestorzy zaczęli tracić wiarę w Adobe. Twórcy i artyści mają zaś inne pytanie: Dlaczego tak długo?
Pieniądze ponad sztukę
Strategia i wizja Adobe od dawna budzą sprzeciw subskrybentów — z których wielu nigdy nie zaakceptowało modelu abonamentowego. Nikt nie kwestionuje faktu, że Adobe zatrudnia jednych z najlepszych inżynierów oprogramowania na świecie. Każda osoba pracująca przy produktach Adobe, z którą rozmawiałem przez lata, emanowała autentyczną pasją — zarówno do tworzonych narzędzi, jak i do artystów, którym służą.
Ciekawe artykuły:
Problem pojawia się, gdy te produkty znikają za coraz wyższymi barierami płatności, są kierowane przede wszystkim do klientów korporacyjnych i wypychane funkcjami AI, których wielu artystów po prostu nie zamawiało. W takich warunkach pasja twórców zaczyna być niewidoczna w gotowym produkcie.
Premiere Pro traci grunt pod nogami na rzecz DaVinci Resolve. Photoshop zyskał bezpłatnego konkurenta, który w ciągu zaledwie 33 dni od premiery zebrał trzy miliony pobrań. Nawet Apple wkracza na rynek pakietów do twórczości kreatywnej. Do tego dochodzi Canva, która skutecznie wyparła Adobe Express z segmentu korporacyjnego. Adobe mierzy się dziś z większą liczbą zagrożeń z większej liczby kierunków niż od bardzo dawna.
Rozsądna lekcja płynąca z trudności Adobe w czasach rewolucji AI jest taka, że firma może gonić chimery — i że reinwestowanie w podstawowe produkty oraz ich dotychczasowych użytkowników byłoby bardziej stabilną i zrównoważoną drogą naprzód, choć z niższym potencjałem wzrostu.
Akcjonariusze nie są jednak zainteresowani konserwatywnym podejściem i z pewnością nie chcą przegapić fali AI. Oczekują więcej sztucznej inteligencji, a Adobe jest zdecydowane ją dostarczyć.
W pożegnalnym liście Narayen napisał: „Nasza misja — Empowering Everyone to Create — stanowi jeszcze większą szansę w erze AI. Dostarczając innowacyjny plan działania dostosowany do naszej strategii odbiorców, pozycjonujemy Adobe jako lidera tego kolejnego rozdziału. Kolejna era kreatywności jest pisana właśnie teraz — kształtowana przez AI, nowe procesy pracy i zupełnie nowe formy ekspresji. Adobe nigdy nie czekało, aż przyszłość nadejdzie. Wyprzedzaliśmy ją. Budowaliśmy ją. I przewodziliśmy jej."
Frank Calderoni, niezależny dyrektor Adobe i przewodniczący specjalnego komitetu ds. wyboru nowego CEO, skomentował: „W imieniu Rady chciałbym uznać wkład Shantanu jako dyrektora generalnego i architekta transformacji Adobe przez ostatnie 18 lat oraz za pozycjonowanie firmy do sukcesu w erze napędzanej przez AI."
Być może to właśnie tego chcą akcjonariusze i część obecnych klientów Adobe. Jednak dla najstarszych użytkowników firmy jest to zupełnie inna wizja. W zastosowaniu AI do wspomagania twórców jest bez wątpienia ogromny potencjał. Wydaje się jednak, że wielki plan Adobe to mniej „wzmacnianie artystów", a bardziej „umożliwienie dużym korporacjom całkowitego zastąpienia artystów".
Zlekceważenie klientów, którzy zbudowali Adobe
Akcjonariusze i krytycy Adobe są zgodni przynajmniej w jednym: perspektywy firmy nie są już tak świetlane jak rok temu. Twórcy obserwują, jak Adobe coraz mniej interesuje się indywidualnymi artystami, skupiając się za to na monetyzacji technologii AI, która — bez wątpienia — zastępuje prawdziwych, kreatywnych ludzi. Inwestorzy z kolei tracą pewność, bo uważają, że Adobe zbyt wolno buduje tę właśnie technologię.
Opinie o spuściźnie Narayen'a są też skrajnie różne. Akcjonariusze przez lata obserwowali, jak kolejne cyfry w bilansach rosły. Fotografowie i artyści obserwowali coś innego — jak Adobe stopniowo się od nich oddala.
Z czysto biznesowego punktu widzenia wszystko się zgadza — wielkie liczby stawały się jeszcze większe. Ale to nie oznacza, że muszę być z tego powodu zadowolony. I na pewno nie oznacza, że mam wyrażać podziw dla Narayen'a.
Szanuję skalę tego, co osiągnął. Doceniam fakt, że rozbudował Adobe tak, by firma mogła zatrudniać wybitnych inżynierów i tworzyć lepsze oprogramowanie. Jednak dla mnie spuścizna Narayen'a to przede wszystkim historia traktowania fotografów jak zbędnego dodatku — a następnie, po wykorzystaniu ich pasji i miłości do sztuki dla zbudowania marki, dojście do wniosku, że w ogóle nie są potrzebni.













