Jak wyglądałby świat po dziesięciu latach bez mediów społecznościowych

Wieczór w niewielkim miasteczku

Na rynku ludzie siadają na ławkach, dzieci krążą po chodniku na rowerach, z okien knajpy dobiega gwar rozmów o piłce nożnej. Nikt nie trzyma w dłoni smartfona, żaden niebieski blask ekranu nie przebija się przez zmrok. Przyjeżdża autobus, wysiadają pasażerowie i zamiast fotografować zachód słońca na Stories, po prostu patrzą.

Na tablicy ogłoszeń przy poczcie wiszą papierowe zawiadomienia – koncerty, oferty pracy dorywczej. Przy czerwonej budce telefonuje jeden mężczyzna, coś notuje w notatniku. Obok niego nastolatka z walizką, wyraźnie zdenerwowana, bo nie może „szybko napisać do koleżanki na Messengerze". W powietrzu panuje dziwny spokój. Jakby świat wyciszył się o kilka decybeli.

Mniej więcej tak mógłby wyglądać świat po dekadzie bez platform społecznościowych. I pewnie zaskoczyłoby was, czego brakowałoby nam najmniej.

Świat po odcięciu: relacje, samotność i cisza w głowie

Pierwszą rzeczą, którą ludzie zauważyliby po paru latach, nie byłby brak feedu, lecz pustka po mikrodawkach uwagi. Rano nie sięgalibyście po telefon, żeby sprawdzić polubienia, tylko po kubek z kawą. Przyzwyczailibyście się, tyle że trwałoby to dłużej, niż dziś przypuszczamy.

Relacje zwolniłyby tempo. Koniec z „widziałem twoją relację, więc chociaż trochę wiem, co u ciebie". Albo zadzwonilibyście do kogoś, albo stopniowo by zniknął z waszego życia. Mnóstwo „półznajomych" wyparowałoby z waszego otoczenia. Zostałoby twarde jądro kilku osób, z którymi naprawdę się spotykasz. A cisza między powiadomieniami nagle stałaby się słyszalna.

Słynny „strach przed przegapieniem" zmieniłby oblicze. Kto nie zostałby zaproszony na imprezę, nie dowiedziałby się tego z fotek na Instagramie, lecz z opowieści przy piwie. Społeczny ból miałby inny charakter – mniej wizualny, ale być może bardziej konkretny. Statystyki lęków i depresji po kilku latach prawdopodobnie zaczęłyby spadać, tylko psychologowie musieliby rozwiązywać inne rodzaje frustracji: mniej porównywania zdjęć, więcej egzystencjalnych pytań w stylu „gdzie właściwie jest moje miejsce".

Bez mediów społecznościowych ulżyłoby jednak przede wszystkim naszym głowom. Mniej powiadomień, mniej niechcianych opinii, mniej dramatu w komentarzach pod postami. Naukowcy być może opisaliby nowe ujęcie higieny cyfrowej: zamiast „czas bez telefonu" mówiłoby się o „czasie bez opinii obcych ludzi". A nasz wewnętrzny monolog nie brzmiałby już jak feed z cudzych żywotów, znów przypominałby nieco nasz własny głos.

Praca, polityka i media bez lajków: kto by wygrał, kto by zniknął

W biurach pierwszy rok panowałby chaos. Zespoły marketingowe, które latami żyły z Instagrama, TikToka i Facebooka, musiałyby przepisać całe instrukcje obsługi. Budżety reklamowe przesunęłyby się z powrotem do e-maili, podcastów, newsletterów, starych dobrych stron internetowych. Influencer jako zawód praktycznie wymarłby w ciągu kilku lat. Pozostaliby tylko ci, którzy mają autentyczne treści, które przetrwają nawet bez serc.

Polityka przeobraziłaby się jeszcze bardziej wyraźnie. Żadnych memów, żadnych „wirusowych" statusów, żadnych wątków na Twitterze, które w ciągu godziny rozsadzają całą debatę. Kto chciałby coś przekazać, musiałby iść do mediów, między ludzi, na dyskusję. Mniej performatywnej moralności, więcej konkretnej pracy w terenie. Przynajmniej w teorii.

Media straciłyby ogromne źródło ruchu na stronach, ale odzyskałyby coś innego: lojalnych czytelników, którzy przychodzą bezpośrednio na witrynę lub do aplikacji, a nie przez jeden udostępniony link na Facebooku. Dziennikarstwo zwolniłoby, ale zgęstniało. Mniej nagłówków pisanych wyłącznie po to, by je udostępniano, więcej historii, które ktoś rzeczywiście przeczytał do końca. A w świecie informacji wygrywałby nie ten, kto ma więcej udostępnień, ale ten, kto dysponuje silniejszą siecią subskrybentów.

Ekonomicznie bolałoby. Masa firm zbankrutowałaby, inne na nowo nauczyłyby się dzwonić, pisać, chodzić między ludzi. Branża reklamowa podzieliłaby się na tych, którzy potrafią sprzedawać bez danych z Facebook Pixela, i tych, którzy skończyli wraz z ostatnim postem. A politycy bez możliwości precyzyjnego targetowania „matek 25-35 lat z mniejszych miast" musieliby się bardziej starać podczas zwykłego spotkania na placu.

Jak zmieniłoby się nasze codzienne życie: drobne gesty, które nabrałyby wagi

Praktycznie życie bez mediów społecznościowych po dziesięciu latach wyglądałoby zaskakująco prosto. Budzik w telefonie zostałby, mapy też, tylko zniknąłby powód, by odblokować smartfon dwieście razy dziennie. Ludzie zaczęliby tworzyć własne małe rytuały kontaktu: cotygodniowy telefon do najlepszego kolegi, comiesięczna kolacja z ekipą, papierowe zaproszenia na ślub, a nie tylko masowe wydarzenie na Facebooku.

Jedna konkretna drobnostka stałaby się rzadsza – zdjęcia. Bez stałej możliwości dzielenia się fotografowałoby się mniej, a wybierało więcej. Zdjęcia drukowano by, wkładano do pudełek, wieszano na lodówkach, umieszczano w ramkach. Kiedy ktoś pokazałby wam album z podróży, nie byłoby to „już widziałem na Insta", tylko mały prywatny film przy stole. A wspomnienia nie byłyby rozproszone między tysiące Stories, lecz skondensowane w kilku obrazkach.

Ciekawe artykuły:

Informacje o wydarzeniach wróciłyby na tablice, miejskie strony internetowe, do newsletterów. Muzycy bardziej polegaliby na listach mailingowych i klubowych społecznościach. Studenci tworzyli by własne fora internetowe bez elementów mediów społecznościowych – coś pomiędzy starymi forum dyskusyjnymi a czatami grupowymi. A my wszyscy na nowo odkrylibyśmy, jak bardzo jeden szczery e-mail potrafi odmienić dzień. On, a nie kolejny komentarz pod zdjęciem z wakacji.

Jak się nie zgubić w takim świecie: małe strategie na wielką ciszę

Najważniejszą umiejętnością stałoby się budowanie własnej małej sieci ludzi poza algorytmami. Żadnego „dodaj do znajomych", tylko praca ręczna: pisać, dzwonić, spotykać się. Jeden z najskuteczniejszych tricków byłby śmiesznie prosty – prowadzić papierową lub cyfrową listę „moich dwudziestu osób". Tych, których nie chcecie stracić z pola widzenia, gdy nie ma już feedu.

Raz na dwa tygodnie przeglądalibyście listę i wybierali dwa nazwiska. Napisać, zadzwonić, zaproponować kawę. Nic skomplikowanego, żadnych elaboratów. Tylko sygnał: „Jestem tutaj, myślę o tobie". Po roku mielibyście wokół siebie sieć relacji opartych na rzeczywistych kontaktach, nie na ciągłym scrollowaniu cudzych dni. A gdybyście zmieniali pracę, miasto lub kraj, nie bylibyście zdani na „ktoś się odezwie przez media społecznościowe".

Podobnie funkcjonowałoby budowanie kontaktów zawodowych. Zamiast zbierania followerów spisalibyście krótką listę ludzi z branży, z którymi chcecie raz na kwartał coś omówić. Lunch, rozmowa, wspólny projekt. Mniej osób, więcej głębi. A kiedy ktoś by wam brakowało, po prostu byście zadzwonili. Nie ma nad to, by usłyszeć ciszę w słuchawce i własny oddech, gdy próbujecie znaleźć pierwsze zdanie.

Bądźmy szczerzy: nikt tak naprawdę nie robi tego codziennie.

Typowym błędem byłoby czekać, że relacje „jakoś przetrwają same", nawet gdy już nie podtrzymują ich media społecznościowe. Owo poczucie fałszywej bliskości z feedu zniknęłoby, a wraz z nim iluzja posiadania dziesiątek przyjaciół. Wynurzyłaby się niewielka, czasem bolesna, ale prawdziwa liczba ludzi, którzy naprawdę podniosą za was słuchawkę. On, a nie dwieście lajków pod urodzinowym statusem.

Wszyscy już przeżyliśmy ten moment, gdy odkrywacie, że kogoś znacie od lat tylko poprzez jego posty, ale kiedy siedzicie naprzeciwko siebie, nagle nie wiecie, o czym rozmawiać. Świat bez mediów społecznościowych po prostu zniósłby ten niezręczny stan pośredni. Albo się spotkacie i znajdziecie wspólny język. Albo w ogóle się nie spotkacie. To bardziej surowe, ale czystsze. A nasze życie towarzyskie byłoby może mniej bogate w nazwiska, ale bogatsze w prawdziwe wieczory przy jednym stole.

„Kiedy zniknęły media społecznościowe, uświadomiłem sobie, że nie jestem introwertykiem. Po prostu przywykłem chować się za ekranem" – mówi mi trzydziestoletni Marek, który po ich upadku zaczął organizować regularne sąsiedzkie kolacje w kamienicy. „Odkryłem, że nie przeszkadzają mi ludzie, tylko przeszkadzały mi powiadomienia".

Do orientacji w takim świecie bardzo pomogłyby drobne osobiste zasady:

  • Raz w tygodniu napisać do jednej osoby wiadomość lub list, nie tylko „lajk w myślach".
  • Raz w miesiącu umówić się na spotkanie twarzą w twarz, nie „kiedyś się zobaczymy".
  • Dwa razy w roku zorganizować coś, na co zapraszacie ludzi wy – wycieczka, kolacja, projekcja.

Może wszystkim żyłoby się lepiej w mniejszych, ale prawdziwszych kręgach. I czulibyśmy, że relacje to nie coś, co dostarcza nam aplikacja, ale coś, co w pocie czoła budujemy sami, cegła po cegle.

Co by zostało, co by powstało i czego może wcale by nam nie brakowało

Po dziesięciu latach bez mediów społecznościowych inaczej patrzyli by na świat głównie ci, którzy dziś dorastają z TikTokiem jako naturalnym językiem komunikacji. Ich dorosłość nie byłaby nagrana na tysiącach pionowych filmików, lecz rozegrałaby się bardziej w czasie rzeczywistym, bez śladów. Niektóre chwile nie miałyby gdzie zostać zapisane, tylko w pamięci. I być może właśnie z tego zrodziłaby się nowa kultura opowiadania – historyjek, podcastów, osobistych newsletterów, bardziej intymnych mediów.

Niektóre rzeczy po prostu by nam nie brakowały. Niekończące się wojny w komentarzach pod każdym tematem, toksyczne porównywanie ciał, sukcesów i wakacji, presja na osobistą markę w każdym zdjęciu. Pozostałaby praca, rodzina, przyjaciele, hobby, polityka, sztuka. To wszystko było tu na długo przed mediami społecznościowymi i pozostanie po nich. Tylko forma ich rozpowszechniania byłaby mniej natychmiastowa i bardziej oparta na cierpliwości.

Inne rzeczy brakowałyby nam bardzo. Szybkie społeczności wokół konkretnych tematów, możliwość odnalezienia w ciągu kilku minut ludzi z taką samą rzadką chorobą, z takim samym rodzajem smutku, z tym samym dziwnym hobby. Te wysepki wsparcia trzeba by na nowo szukać w bardziej skomplikowany sposób – poprzez fora, organizacje, spotkania offline. I nie byłoby to sprawiedliwe wobec wszystkich. Mimo to z czasem powstałyby nowe narzędzia – być może mniej uzależniające, bardziej funkcjonalne.

Kluczowy punkt Szczegół Korzyść dla czytelnika
Mniej hałasu w głowie Bez powiadomień i feedu mózg miałby więcej przestrzeni na ciągłe myślenie. Zrozumieć, dlaczego czujemy się zmęczeni „byciem cały czas online" i jak by to było bez tego.
Autentyczne relacje Liczba kontaktów spadłaby, ale głębia spotkań mogłaby wzrosnąć. Zobaczyć, kogo w swoim życiu naprawdę chcecie trzymać blisko i jak dbać o te osoby.
Nowe społeczności Stare media społecznościowe zastąpiłyby mniejsze, ukierunkowane platformy i osobiste spotkania. Znaleźć własny sposób na „przynależność do czegoś", nawet gdy nie ma już timeline'u.

Najczęściej zadawane pytania:

  • Czy media społecznościowe zniknęłyby naprawdę bez śladu? Technologia by została, znikłaby głównie konkretna forma platform. Ludzie szybko zaczęliby tworzyć zastępcze sposoby połączenia.
  • Czy świat byłby bezpieczniejszy? Część oszustw internetowych i nienawiści by ubyło, ale inne formy manipulacji przeniosłyby się gdzie indziej – do zamkniętych grup, mediów, messengerów.
  • Jak wpłynęłoby to na dzieci i nastolatków? Mieliby mniej presji na wizerunek samych siebie, więcej presji w rzeczywistych grupach społecznych. Mobbing by nie zniknął, tylko bardziej rozgrywałby się offline.
  • Co zastąpiłoby Instagram i TikTok dla artystów? Silniejsza rola przypadłaby koncertom, newsletterom, własnym stronom internetowym, ale też kuratorom i mediom, które przedstawiają artystów.
  • Czy możemy wypróbować taki świat już teraz? Tak, przynajmniej na małą skalę. Na przykład usunąć aplikacje na miesiąc, zastąpić je jednym newsletterem tygodniowo i świadomym umawianiem się na spotkania zamiast pasywnego scrollowania.

Przewijanie do góry