Jak wyglądałby świat, w którym ludzie mogliby zmieniać swoje ciało według własnych potrzeb

Poranny pociąg metra w Warszawie

Naprzeciwko mnie siedzi kobieta w beżowym płaszczu, masująca kolano, jakby je bolało. Zerka na zegarek, dotyka cienkiej bransoletki, a w ciągu kilku sekund mięśnie na jej nodze delikatnie nabrzmiękają, skóra się napina, drobne blizny znikają bez śladu. Nikt wokół nawet nie podnosi wzroku, jakby to była kolejna notyfikacja w smartfonie. Dwa miejsca dalej nastolatek ze znudzenia zmienia kolor oczu z brązowego na niemal neonową zieleń.

Patrzę na własne dłonie, nieco zmęczone, nieco zwyczajne, i zastanawiam się: gdybym mógł modyfikować swoje ciało w dowolnym momencie, gdzie dokładnie kończyłaby się granica tego, kim jestem? Czy wciąż jestem sobą, jeśli dziś wybieram inne ciało niż wczoraj?

Rzeczywistość, gdzie ciało to tylko ustawienie w aplikacji

Wyobraź sobie, że fizyczna powłoka nie jest czymś danym raz na zawsze, lecz usługą na żądanie. Tak jak dzisiaj wybieramy pakiet u operatora, jutro dostosowywalibyśmy ciało do kalendarza spotkań. Ważne negocjacje biznesowe? Tryb "business class": wyższa sylwetka, mocny uścisk dłoni, spokojny głos. Weekend w górach? Konfiguracja "outdoor": wydajniejsze płuca, mocniejsze stawy skokowe, lepsza termoregulacja.

Z początku przypominałoby to zabawę. Trochę jak filtry na Instagramie, tylko bardziej trwałe. Jednak bardzo szybko stałoby się to normą. A wraz z normą przychodzi presja.

W Japonii mogłyby powstać specjalne kawiarnie, gdzie ludzie siedzieliby przed lustrami i dopracowywali swój wygląd, tak jak dziś dopracowują CV. W Brazylii plaże przypominałyby pokazy mody zmiennych sylwetek. W Europie rozkwitłaby nowa forma turystyki – podróże w poszukiwaniu "doświadczeń cielesnych".

Przed wyprawą w Himalaje na tydzień przełączałbyś się w tryb "wysokogórski tragarż". Serce zdolne funkcjonować w rzadkim powietrzu, ekstremalna wytrzymałość, brak choroby wysokościowej. Po powrocie z powrotem w tryb "miejski", zoptymalizowany pod siedzenie przy komputerze i sprinty między spotkaniami.

Według pierwszych hipotetycznych badań zachowań użytkowników w takiej przyszłości nawet 70% osób modyfikowałoby drobne parametry ciała co tydzień. Nie chodzi o drastyczne przemiany tożsamości, lecz o mikro-ulepszenia: odrobinę więcej mięśni, nieco mniej zmarszczek, trochę inne włosy. Podobnie jak dziś nieustannie coś poprawiamy w swoim profilu w mediach społecznościowych.

Na początku dominowałby entuzjazm i poczucie wolności. Możliwość uwolnienia się od bólu, wrodzonych ograniczeń, kompleksów. Dla osób z niepełnosprawnościami byłaby to prawdziwa rewolucja – ciało przestałoby być więzieniem. Jednak wraz z tym niezauważalnie zniknęłaby jedna rzecz, o której rzadko myślimy: wartość akceptacji niedoskonałości.

Kiedy ciało można zmieniać jak szablon w programie graficznym, trudno wytłumaczyć, dlaczego ktoś pozostaje "mniej doskonały". I tutaj pojawia się nowa forma dyskryminacji: ci, którzy mają środki na najlepsze konfiguracje, i wszyscy pozostali. Gdy z ciała powstaje produkt, zawsze znajdzie się ktoś z "wersją premium".

Jak moglibyśmy się chronić przed pochłonięciem przez system

Technologia zmiany ciała według potrzeb wymagałaby zupełnie nowej higieny życia. Nie tylko fizycznej, raczej psychicznej. Podobnie jak dziś mówimy o detoksie cyfrowym, istniałby "detoks cielesny" – okresy, kiedy pozostajesz w jednym ciele i nic nie modyfikujesz.

Lekarze prawdopodobnie zalecaliby, aby dziecko do określonego wieku miało bardzo ograniczony dostęp do zasadniczych zmian wyglądu. Nie ze względu na zdrowie, lecz na tożsamość. Potrzebujemy spędzić pewien czas w jednym ciele, aby w ogóle zorientować się, kim jesteśmy, gdy zgasną ekrany. Ciało to przecież coś więcej niż funkcja – to nasza pamięć zapisana w mięśniach i kościach.

Bądźmy szczerzy: nikt tak naprawdę nie robi tego codziennie. Mimo to powstałyby aplikacje, które nas do tego popychałyby. Powiadomienia w stylu: "Dziś idealny dzień na aktualizację twojej sylwetki dla lepszej wydajności w pracy". Albo: "Twoi znajomi wypróbowali nowy tryb 'karaibska plaża', nie chcesz dołączyć?"

Wszyscy przeżyliśmy ten moment, gdy patrzymy w lustro i w głowie błyska nam: "Gdybym tylko mógł to trochę zmienić…" W tym świecie to zdanie nigdy by nie znikło, tylko stałoby się bardziej agresywne. Z "gdybym mógł" przerodziłoby się w "dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem".

Ciekawe artykuły:

Pojawiłyby się grupy ludzi świadomie odrzucających częste przemiany. Coś w rodzaju dzisiejszych minimalistów. Trzymaliby się zasady jednego stabilnego ciała, z wyłącznie niezbędnymi korektami zdrowotnymi. Dla nich "stare" zmarszczki byłyby manifestem – dowodem, że pamięć życia noszą na sobie, nie w chmurze.

"Największym luksusem przyszłości nie będzie posiadanie doskonałego ciała," mówi fikcyjny bioetyk z uniwersytetu gdzieś w Berlinie, "ale pozwolenie sobie na pozostanie w nim, nawet gdy można byłoby być piękniejszym, wydajniejszym, młodszym."

To zdanie mogłoby wisieć na ścianach nowoczesnych centrów terapeutycznych, gdzie ludzie uczą się żyć z tym, że nie muszą wykorzystywać wszystkich możliwości. Nie chodziłoby o zakaz technologii, lecz o umiejętność powiedzenia: "Na dziś wystarczy."

  • Krótkie okresy "postu cielesnego" – przykładowo jeden miesiąc rocznie bez zmian
  • Rozmowy z dziećmi o ciele jako o historii, nie jako o produkcie
  • Zasada: poważna zmiana ciała tylko po konsultacji z kimś, komu ufamy

Ciało stałoby się głównym tematem debat etycznych, niemal jak dziś sztuczna inteligencja. Politycy rozstrzygaliby, czy firma ma prawo wymagać określonego "ciała zawodowego". Influencerzy sprzedawaliby "pakiety przemian" – zestawy rekomendowanych konfiguracji dla różnych stylów życia. A my wszyscy pomiędzy tym szukalibyśmy, co jeszcze jest wolnością, a gdzie zaczyna się nowa forma presji.

Co zmieniłoby się w miłości, pracy i na starość

Jeśli istnieje obszar, gdzie zmienne ciało najbardziej pomieszałoby wszystkie karty, to są to relacje. Gdy się dzisiaj zakochujesz, zakochujesz się również w konkretnym ciele. Jego zapachu, gestach, sposobie chodzenia. W przyszłości partner mógłby w ciągu weekendu przejść przez trzy wersje samego siebie – romantyczną, sportową, eksperymentalną.

Niektórzy by to pokochali. Możliwość ciągłego "odkrywania" tej samej osoby w innych postaciach. Inni by się w tym zagubili. Jak rozpoznać, kim drugi człowiek jest "naprawdę", gdy fizyczny aspekt można przełączyć w dowolnym momencie? A przede wszystkim – jak poznać, kiedy zmienia się dla siebie, a kiedy dla nas?

W pracy szybko pojawiłaby się nowa forma profesjonalnego dress code'u. Nie tylko ubiór, lecz całe ciało. Spotkanie w branży budowlanej? Tryb "masywna postura". Warsztaty kreatywne? "Lekki, swobodny wygląd", który sygnalizuje, że jesteś otwarty na pomysły. Być może powstałyby nawet umowy o pracę, gdzie gdzieś na dole drobnym drukiem widniałoby: "Pracownik zobowiązuje się w czasie pracy utrzymywać ciało w wersji X–Y."

Starość już nie wyglądałaby jak teraz. Wiek przestałby być widoczny na pierwszy rzut oka. Na ławce w parku obok siebie siedzieliby dwaj ludzie o podobnie młodych ciałach – jednemu byłoby 25 lat, drugiemu 82. Różnica ukazałaby się może tylko w oczach albo w tym, jak często podczas rozmowy robią sobie "przerwę" od świata.

Pytanie nagle nie brzmiałoby: "Ile masz lat?", lecz raczej: "Jakie ciało wybrałeś dla tego wieku?"

Tożsamość zaczęłaby się bardziej opierać na tym, czego nie umiemy szybko zmienić. Na relacjach, doświadczeniach, sposobie myślenia. Paradoksalnie plastyczne, zmienne ciała mogłyby uwypuklić to, co w nas trwalsze. Albo całkowicie nas rozmontować na niekończący się eksperyment.

Powstałby nowy zawód: przewodnik po historii ciała. Ktoś, kto pomaga ci zmapować, jakie ciała miałeś w życiu i co z tobą zrobiły. Jak oddychałeś w "wydajnym" ciele, jak płakałeś w "bardziej wrażliwym" ustawieniu. Bo z niektórych konfiguracji człowiek mógłby wychodzić z uczuciem, że zostawił tam kawałek siebie.

Jak wyglądałby taki świat na ulicy, w tramwaju, w domu przed lustrem w łazience? Trudno powiedzieć. Może byłby piękniejszy na pierwszy rzut oka, może bardziej męczący do życia. Może bardziej docenilibyśmy zwyczajne dni, kiedy po prostu na siebie patrzymy i mówimy: "Dziś pozostanę taki."

I może któregoś dnia doprowadziłoby nas to do pytania, które teraz zadajemy sobie rzadko: czy nie chodzi ostatecznie o to, jak ciało wygląda lub co potrafi, lecz z kim w nim żyjemy – sami ze sobą czy według cudzych oczekiwań?

Kluczowy punkt Szczegóły Wartość dla czytelnika
Zmienne ciało jako usługa Możliwość zmiany wyglądu i funkcji ciała w zależności od sytuacji Wizualizacja praktycznych skutków w codziennym życiu
Psychiczna "higiena ciała" Okresy bez zmian, praca nad tożsamością i akceptacją Oferuje ramy, jak nie zagubić się w takim świecie
Nowe podejście do starości i miłości Wiek niewidoczny, tożsamość przesuwa się z ciała do wnętrza Zmusza do refleksji, co nas naprawdę definiuje

Najczęściej zadawane pytania:

  • Czy mógłbym zmieniać ciało codziennie? Technicznie tak, ale psychologowie prawdopodobnie zalecaliby pewne limity, aby osobowość kompletnie się nie "rozpłynęła" w nieskończonych przemianach.
  • Co to oznaczałoby dla sportu i wyników? Sport podzieliłby się na "zmodyfikowany" i "naturalny", podobnie jak dziś istnieje różnica między motorem a jazdą na rowerze.
  • Czy zniknęłyby kompleksy dotyczące wyglądu? Raczej by się przekształciły – mniej chodziłoby o wrodzone cechy, więcej o wybory i możliwości finansowe.
  • Jak chroniono by dzieci i nastolatków? Najprawdopodobniej obowiązywałyby surowe zasady, kiedy i jak głęboko mogą ingerować w zmiany, podobnie jak przy dzisiejszych technologiach uzależniających.
  • Czy pozostałoby jakieś "prawdziwe ja"? To właśnie największe pytanie: czy zmienne ciało zmusiłoby nas do szukania istoty tożsamości gdzie indziej niż w lustrze, czy też rozmontowałoby ją na tysiąc wersji.

Przewijanie do góry