Adobe straciło wszystkich swoich sojuszników

Trzynaście lat złudzeń

Trzynaście lat temu siedziałem na widowni w Los Angeles, gdy Adobe ogłosiło przejście z Creative Suite na Creative Cloud. Byłem sceptyczny, ale jednocześnie gotowy dać firmie kredyt zaufania. W końcu stworzyła narzędzia, które naprawdę kochano.

I nie używam tego słowa pochopnie. Przez długi czas Adobe było autentycznie uwielbiane. Całe pokolenie fotografów, grafików i montażystów wideo dosłownie dorastało z tym oprogramowaniem. Ale Adobe to firma, która podejmuje biznesowe decyzje — i nie wszystkim te decyzje przypadły do gustu.

Nie, nie byłbyś już prawdziwym właścicielem oprogramowania. W zamian Adobe obiecywało większą elastyczność, szybsze aktualizacje i stały dostęp do nowych funkcji. Teorytycznie miałeś też zaoszczędzić na kosztach zakupu fizycznych pudełek z Creative Suite.

W 2013 roku pakiet Creative Suite Standard kosztował 1130 dolarów — i zawierał jedynie Photoshop, Illustrator oraz InDesign. Nawet dziś, w 2026 roku, to astronomiczna kwota na start. Abonament za 50 dolarów miesięcznie brzmiał przy tym jak rozsądna alternatywa — i byłem gotów w to uwierzyć, bo naprawdę chciałem, żeby ten model zadziałał.

Ludzie, którym naprawdę zależało

Przez większość mojej kariery dziennikarza technologicznego Adobe wystawiało przed media swoich deweloperów — ludzi, którzy faktycznie tworzyli oprogramowanie. Nie było niczym niezwykłym rozmawiać z osobą odpowiedzialną za Lightroom albo szefową zespołu Photoshopa. Chętnie rozmawiali nie tylko z prasą, ale też bezpośrednio z użytkownikami.

Tym ludziom naprawdę zależało — i mieli ku temu wszelkie powody. Byli dumni z tego, co tworzyli, i chcieli się upewnić, że oprogramowanie dobrze służy użytkownikom. Mówili dużo, ale jeszcze więcej słuchali. Struktura korporacyjna Adobe aktywnie ich do tego zachęcała.

W czerwcu 2013 roku, zaledwie kilka miesięcy po ogłoszeniu przejścia na Creative Cloud, opublikowałem materiał o metodach i wyzwaniach związanych z tworzeniem oprogramowania fotograficznego. Rozmawiałem wtedy z wieloma pracownikami Adobe, między innymi z Jeffem Chienem — człowiekiem, który wynalazł narzędzie Healing Brush.

„Adobe to dla mnie zupełnie inna firma, bo obsługuje bardzo różnorodne potrzeby użytkowników, którzy w większości są twórcami. Są w pewnym sensie artystami" — powiedział Chien.

Ten sposób myślenia przenikał całą organizację. Tacy ludzie jak Chien silnie akcentowali konieczność pamiętania o tym, dla kogo tworzy się oprogramowanie, i dbali o to, żeby użytkownicy czuli się dostrzegani. Nie sądzę, żeby to podejście zniknęło zupełnie — dwa lata temu, odwiedzając Adobe z ekipą podcastu, spotkałem jeszcze takich ludzi. Tyle że korporacja wokół nich zmieniła się radykalnie, i dziś nie ma już miejsca na taki kontakt z opinią publiczną.

Zmiana priorytetów

Sam produkt Adobe jest w zasadzie bez zarzutu. Oprogramowanie jest nie tylko dobre — jest świetne. Obietnice złożone 13 lat temu zostały w dużej mierze dotrzymane. Ale samo tworzenie dobrego produktu nie wystarczy — zwłaszcza gdy twoi odbiorcy to artyści.

Model biznesowy Adobe, przez lata kształtowany przez odchodzącego właśnie dyrektora generalnego Shantanu Narayen, konsekwentnie podążał za pieniędzmi. Indywidualni użytkownicy są wartościowi, ale wielomilionowe kontrakty korporacyjne — o wiele bardziej. Po co zadowalać się 50 dolarami miesięcznie od fotografa z Indiany, skoro można sięgnąć po kontrakt z dużą firmą z Los Angeles?

Ciekawe artykuły:

Adobe zaczęło przestawiać uwagę na klientów korporacyjnych, tracąc przy tym więź z tymi, którzy od początku budowali jego sukces. Zmieniło dział PR — wieloletnią agencję, świetnie połączoną ze społecznością twórców, zastąpiło firmą lepiej radzącą sobie z obecnością w magazynach czytanych przez prezesów. Menedżerów produktu i inżynierów odsunięto od briefingów medialnych, zastępując ich dyrektorami, którzy nigdy nie korzystali z tworzonego oprogramowania na co dzień.

Komunikaty zaczęły wychodzić spod pióra prawników, co zaowocowało ogromnymi falami krytyki. Indywidualni użytkownicy wyczuwają tę różnicę natychmiast — i nienawidzą tego. „Pomiń sesję zdjęciową" — ogłosiło dumnie Adobe, ślepo pewne swojej pozycji, depczą przy tym po twarzach tych, na których zbudowało swoje imperium.

Firma zaczęła zachowywać się jak ktoś, komu się należy pozytywna prasa, zamiast jak ktoś, kto musi na nią zapracować. Krytykę znosi fatalnie. Działy komunikacji nie rekrutują już ludzi z brandów zorientowanych na konsumenta, lecz importuje specjalistów ze świata B2B.

Powoli artyści, którzy niegdyś chwalili Adobe, przeszli od szerokiego grona rzeczywiście zaangażowanych użytkowników do wąskiego kręgu tych, którym za to płacono. Adobe nie tyle zapomniało o swoich użytkownikach — świadomie postanowiło, że już się nie liczą. Uwierzyło, że stało się na tyle duże, potężne i ważne, że może ich porzucić. Cóż za arogancja.

Wrogowie u bram, brak sojuszników

Branża kreatywnego oprogramowania wypowiedziała Adobe wojnę. Firma jest atakowana ze wszystkich stron jednocześnie — Apple, Blackmagic i Canva ściskają ją w imadle w tym samym czasie, jakby wszyscy po cichu umówili się, że czas skończyć z tym gigantem.

Teraz, gdy wrogowie zbierają się pod jej murami, Adobe stoi zupełnie samo. Skończyło mu się sojuszników — a właściwie samo ich odgoniło.

Korporacyjnym klientom jest obojętne, co stanie się z Adobe — po prostu przeniosą budżety gdzie indziej i nie będą kwapiły się do obrony firmy. Akcjonariusze, którym zarząd Adobe poświęcał tyle uwagi, już dawno uciekli. Są kapryśni i lojalni wyłącznie wobec chwilowych trendów — wartość akcji Adobe w ciągu pięciu lat spadła o 53%.

Indywidualni twórcy — artyści, którzy przez lata stanowili fundament siły Adobe — chcą teraz jednego: zobaczyć upadek firmy. Z satysfakcją śledzą spadki notowań giełdowych i z radością witają każdego nowego konkurenta. Głośno oklaskują sam fakt, że ktokolwiek oferuje alternatywę — nawet jeśli ta alternatywa nie jest jeszcze w pełni dopracowana.

Trudno sobie wyobrazić markę bardziej znienawidzoną przez własnych użytkowników niż Adobe.

Adobe jest samo — i ma to wyłącznie sobie do zawdzięczenia. Ci, którzy niegdyś bez wahania rzuciliby się w ogień, by chronić ukochane narzędzia swojej pracy, teraz stoją z boku i ze złośliwą satysfakcją przyglądają się, jak firma chyli się ku upadkowi.

Przewijanie do góry