Przygotowania, logistyka i akredytacje: wyzwania związane z fotografowaniem startu Artemis II
Steven Madow fotografuje starty rakiet od ponad dekady, ale żaden z nich nie był tak przełomowym wydarzeniem jak start Artemis II w środę, 1 kwietnia. Do udokumentowania tego historycznego momentu fotograf rozstawił aż 14 aparatów Panasonic Lumix, w tym siedem kamer zdalnych bezpośrednio przy wyrzutni. Efektowne zdjęcia, które z nich powstały, to owoc lat praktyki i skrupulatnego planowania.
Fotografowanie startu rakiety wiąże się z mnóstwem wyzwań — zarówno technicznych, jak i organizacyjnych. W przypadku tak doniosłej misji NASA jak Artemis II formalności były jeszcze bardziej rozbudowane niż zwykle.
„Uzyskanie akredytacji NASA to naprawdę trudna sprawa" — mówi Madow. „Swoją przygodę z fotografowaniem startów rakiet zacząłem ponad 10 lat temu i stopniowo próbowałem rozeznać się w procedurach akredytacyjnych i zdobywaniu dostępu. Podczas Artemis I miałem już akredytacje SpaceX, Sił Kosmicznych i wielu innych podmiotów, ale nie NASA."
Przy Artemis II Madow nawiązał współpracę z serwisem Space Explored, poświęconym inspirującym historiom związanym z lotami kosmicznymi. Właśnie dzięki temu partnerstwu udało mu się uzyskać upragnioną akredytację NASA.
„To były lata i lata starań, żeby w końcu dotrzeć na start Artemis II" — wspomina fotograf. „Każdy wcześniejszy start, który fotografowałem, każda zdalna kamera — traktowałem to wszystko jako szlifowanie umiejętności i trening przed tym jednym, wyjątkowym wydarzeniem."
W ciągu ostatnich kilku miesięcy Madow intensywnie badał możliwe konfiguracje sprzętu. Musiał dobrać odpowiednie zestawy aparat-obiektyw, a także przewidzieć, jakie opcje będą dostępne w zależności od tego, gdzie NASA zezwoli fotografom na rozstawienie sprzętu.
Lata doświadczeń nauczyły go, jak radzić sobie z typowymi pułapkami czyhającymi na fotografów startów rakietowych — od ustawień ekspozycji, przez kadrowanie z wyprzedzeniem, aż po zasilanie kamer zdalnych. Mimo to rakiety zawsze pozostają nieprzewidywalne. Start Artemis II był wielokrotnie przekładany, a ostateczna godzina wystrzelenia została podana dopiero w środowe południe, zaledwie kilka godzin przed zdarzeniem.
Dodatkowym czynnikiem komplikującym sprawę były wymogi bezpieczeństwa. Madow i inni akredytowani fotografowie zostali przewiezieni na miejsce startowe autobusem w niedzielę, by rozstawić aparaty. Na szczęście mieli wystarczająco dużo czasu — przy niektórych startach fotografowie dysponują zaledwie 10–15 minutami na ustawienie całego sprzętu.
Siedem zdalnych aparatów przy wyrzutni
„Miałem siedem różnych aparatów rozstawionych przy wyrzutni" — wyjaśnia Madow. „NASA udostępniła niewielkiej grupie kilkudziesięciu fotografów możliwość ustawienia kamer zdalnych." Ze względu na rangę wydarzenia cały sprzęt musiał przejść kontrolę z udziałem psów wyszkolonych do wykrywania materiałów niebezpiecznych. „Bezpieczeństwo stało na bardzo wysokim poziomie" — zaznacza fotograf.
W każdym wyznaczonym miejscu wolno było rozstawić tylko jeden statyw, dlatego Madow korzystał z osobnych trójnogów dla każdego aparatu. Wszystkie kamery zostały umieszczone w specjalnych obudowach ochronnych firmy Camptraptions i wyzwalane dźwiękiem.
„Na górze mam specjalny wyzwalacz marki MIOPS, który po prostu czeka i nasłuchuje" — tłumaczy fotograf. „Gdy wykryje głośny dźwięk — a rakiety są naprawdę świetnym źródłem głośnych dźwięków — budzi aparat i zaczyna robić zdjęcia jedno za drugim."
Gdy po udanym starcie Madow odzyskał dostęp do swoich kamer, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było podejście do każdej z nich i wydanie głośnego dźwięku. Kiedy usłyszał odpowiedź w postaci kliknięć migawki, poczuł ogromną ulgę: „Pomyślałem: tak, kamera nadal działa!"
Ciekawe artykuły:
Ponieważ statek kosmiczny Orion stał już na wyrzutni w niedzielę, Madow mógł precyzyjnie zaplanować kompozycje zdjęć. Pewne elementy pozostawały jednak zagadką aż do ostatniej chwili — w tym dokładna pora startu, który mógł nastąpić w środku dnia, po południu, wieczorem lub nawet w nocy. Każdy z tych scenariuszy wymaga zupełnie innych ustawień ekspozycji, więc fotograf musiał być przygotowany na każdą ewentualność. Na wszelki wypadek zamontował też automatyczne podgrzewacze zapobiegające osadzaniu się rosy.
„Wszystkie aparaty zadziałały dokładnie tak, jak je zaprogramowałem. Żadna bateria nie padła, a kamery Lumix spisały się bezbłędnie" — podsumowuje Madow. „Z punktu widzenia ekspozycji zbliżenia silników rakiety były wyeksponowane na granicy możliwości."
Najbardziej wirusowe zdjęcie ze startu — efektowne zbliżenie pracujących silników — zostało wykonane przy ustawieniach ISO 100, f/16 i czasie migawki 1/8000 s, czyli przy najkrótszym mechanicznym czasie naświetlania dostępnym w aparacie Panasonic GH5. Do tego ujęcia Madow użył obiektywu Lumix G Leica 50–200 mm f/2,8–4.
Do całej operacji fotograf wykorzystał szeroką gamę aparatów z systemu Lumix — zarówno modele Mikro Cztery Trzecie (GH5, G9, G9 II), jak i pełnoklatkowe modele serii S (S9, S1R II). Ogniskowe obejmowały zakres od 12 mm (ekwiwalent 24 mm w pełnej klatce) aż do około 150 mm.
„Przy innych startach zdarzało mi się używać obiektywu 800 mm, więc tym razem byliśmy naprawdę blisko" — zauważa Madow.
Przez lata fotograf rozwijał też technikę bracketingu ekspozycji w kamerach zdalnych. „Stosuję pięcioujęciowy bracket z centralnym punktem ustawionym na –1 EV. Doszedłem do tego metodą prób i błędów przy poprzednich startach — pierwsze podejście dało mi tylko jeden zestaw pięciu ujęć, zresztą niezbyt udanych. Teraz kamera robi bracket za bracketem bez przerwy" — opisuje.
Dekada doświadczeń doprowadziła do tego momentu
Lata pracy w terenie dały Madowowi nie tylko wiedzę techniczną, ale też coś równie cennego — wewnętrzny spokój. Przy Artemis II mógł działać metodycznie, bez pośpiechu, co po części zawdzięcza hojnemu czasowi dostępu przyznanemu przez NASA, a po części lekcjom wyciągniętym z poprzednich sesji — niektórych bardzo bolesnych.
„Najtrudniejszym, ale też najbardziej ekscytującym elementem ustawiania kamer zdalnych jest kompozycja" — przyznaje Madow. „Stoisz tam w środku dnia i musisz sobie wyobrazić: pod jakim kątem będzie padać słońce w momencie startu? Gdzie znajdzie się rakieta w kadrze? Gdzie będzie smuga dymu, żeby nie wyszła poza ramkę? Próbujesz antycypować przyszłość, bo gdy kamera jest już rozstawiona, nie masz do niej żadnego dostępu. To taka gra wyobraźnią — i gdy wszystko się zgadza, efekty są naprawdę niesamowite."
W środowy poranek istniało realne ryzyko odwołania startu o dzień lub dwa. Dla Madowa, który miał zawodowe zobowiązania wynikające z podstawowej pracy, ewentualne opóźnienie oznaczałoby, że nie zobaczy startu na żywo — kamery zdalne zostałyby na miejscu, ale on sam nie dotarłby już na stanowisko prasowe. „Myślałem sobie: naprawdę chcę, żeby to wyszło" — wspomina.
I wyszło.
„Przeżywałem fale emocji — podekscytowanie, trochę obaw, niepewność, a potem czysta euforia i ulga" — opisuje Madow swoje odczucia podczas startu. Sam moment wyniesienia rakiety, będący zwieńczeniem lat pracy tysięcy ludzi, przemija błyskawicznie. Kilka minut po oderwaniu od wyrzutni fotograf stał w miejscu, pogrążony w refleksji.
„Czysta radość, a po chwili — refleksja i ulga, że wszystko się udało i że byłem tam osobiście, żeby to przeżyć" — mówi. „Czuję też pewien rodzaj presji — muszę dać z siebie wszystko. I bardzo lubię dzielić się tymi chwilami ze światem. Nie umyka mi znaczenie tego startu. Ludzie są z natury ciekawscy, są odkrywcami — to jedna z najpiękniejszych cech naszego gatunku. Co może być bardziej inspirującego niż misja księżycowa? Mam nadzieję, że moje zdjęcia dadzą innym choć odrobinę tej inspiracji."












